Suplement CLXXIII

Twórczość, „Czytelnik”, 1971, s. 102-103.

 

LEKKA KSIĄŻKA

Jerzy Putrament: Krajobrazy, Warszawa, „Czytelnik”, 1969; opracowanie graficzne: Jan S. Miklaszewski; str. 188.

Krajobrazy Jerzego Putramenta nastręczyły recenzentowi pewną trudność, mianowicie możliwość różnorodnych ujęć. Gdy decydował się już na jedno, przypominał sobie, że Krajobrazy są jeszcze czymś innym. W ten sposób kolejno decyzje niejako rozpływały się. Bo w samej rzeczy, zbiór miniatur Putramenta, utworów tak na pozór „lekkokalibrowych”, jakby dla wytchnienia między solidniejszymi dziełami pisanych, pełen jest komplikacji. Jest bowiem i tym, i tamtym, i owym — i to czasem w sposób dość nietrwały, niedosłowny, cienki.

Powiedzmy, że te „drobiazgi” to gawędy wytrawnego rybołówcy-amatora o „taakiej rybie”, o przygodach z boleniami, szczupakami, karpiami (w 27 opowiadaniach na 30 łowi się ryby). Można by opowiedzieć, jak to wszystko interesująco napisane, streścić co ciekawsze rybackie anegdoty i na tym poprzestać. Ale w ten sposób stałaby się Krajobrazom krzywda.

Bo taką samą prawdą, że to gawędy, jest prawda inna: że to refleksyjna liryka, zadumy nad losem itp. Bohater nie tylko łapie ryby, ale i rozmyśla przy tym, o sobie, o świecie, od którego tylko na pozór uciekł, poszukując samotnie dzikich miejsc (rzadkich już) na Mazurach czy nad Wisłą. Oto, gdy łowi bolenie, z czym mu się kojarzą: „…nagle uprzytamniam sobie, że i moi zoologiczni pobratymcy ileż to razy ulegali z równą powszechnością niewiele bardziej złożonym podnietom, nagle zaczynali brać na równie bzdurne, toporne i niebezpieczne poglądy polityczne czy artystyczne, brali, dawali się wziąć, ginęli. […] Też jakiś zmierzch, jakieś zamazanie przedmiotów fizycznych czy duchowych” (str. 56). Kto dawał się brać? Na jakie poglądy? Kiedy? Mniejsza o to. Powiedzmy, że to prawda ogólniejsza. Tytuł opowiadania: Balet boleni. Świat jako balet boleni. To już nie anegdota. Bohater przekazuje też gorzkie doświadczenia, ostrzega: „Nie przyglądajcie się zbyt blisko nadziei. Wszelkie jej pogłębienie wcześniej czy później musi rozpruć jej zwiewne, nietrwałe kształty” (str. 188). W innym zaś miejscu taka oto zasadnicza prawda: „…czymże jest życie ludzkie w odróżnieniu od wszelakiego innego, jeśli nie świadomością” (str. 47).

Ale znów powiedzieliśmy o Krajobrazach stanowczo zbyt mało. Czy ich bohater jest bowiem tylko lirycznym rybołówcą? Nie, bywa przecież równie często pedagogiem i publicystą — twórcą słusznego modelu „bycia człowieka pośród przyrody”, forsującym własną kulturę takiego bycia, zaangażowanym w kwestię lasów, rzek i ryb zagrożonych przez nowoczesną cywilizację, przez masowe, campingowe i barbarzyńskie wywczasy.

Idąc tym śladem, można powiedzieć, że Krajobrazy są poświęcone „pani naszej, przyrodzie” — jak ją nazywa Putrament w Trzydniówce, jednym z opowiadań książki. Przyroda — cóż to takiego w Krajobrazach? „Cząstka jego [człowieka] duszy” (str. 5). „Ważny czynnik, modelujący ludzi i narody” (str. 6). Narodowe bogactwo. Narodowe krajobrazy. Wiatr, chmury, jeziora, pola, lasy, ptaki, łąki, ścieżki, krzaki, zielska, owady. Płocie, kiełbie, okonie, leszcze, bolenie, węgorze, ukleje, karpie, sumy, szczupaki itd. Tego wszystkiego ubywa w Polsce z roku na rok, i to nie w sposób jednostajny, ale według zasady, rzec można, geometrycznego postępu. Illo tempore — to tytuł jednej z miniatur. W pewnym miejscu na Wiśle ryby brały, teraz przestały brać. Illo tempore — przed kilku laty. Zaiste, illo tempore, szczęśliwy, święty, wspominany i nieodżałowany czas, posiada każde miejsce pośród lasu, w którym pobudowano miejsce wczasowe czy choćby tylko urządzono skupisko campingowych domków. Illo tempore setek polskich […]

Marcin Bajerowicz

*

*                                                          *

Wojciech Żukrowski — Rozmowy o książkach, 1989, s. 136-141.

Na moim sitku

Putrament od ryb

Po Boldynie, którego nie zawahałbym się zaliczyć do dwóch, trzech najambitniejszych książek Putramenta, a na pewno jeśli nie najlepszej książki roku 1969, to najżywiej dyskutowanej, czytanej i poszukiwanej, ukazał się w „Czytelniku” zgrabny i smacznie ilustrowany przez Samuela Miklaszewskiego tomik notatek lirycznych o przygodach rybackich.

Putrament od ryb może to jest właśnie ten prawdziwy Putrament? Czytam i uśmiecham się raz po raz. bo odkrywam wszystkie jego cechy, które tak go w działaniu politycznym i społecznym charakteryzują, podane jakby w klinicznych preparatach — gniew, popędliwe reakcje, poczucie bezsilności, nie sprecyzowane nadzieje… I ową delikatność, wielką wrażliwość, wyrozumiałość, jakiej próżno bym szukał w jego działaniu, którego zdarzyło mi się padać ofiarą.

Znałem jego wiersze, potem zachwyciło mnie opowiadanie z nutą ironii, o panichidzie, żałobnych pieniach nad zwłokami chłopca i dobrowolnym wyrzeczeniu się nocy miłosnej przez młodego oficera, który traci może jedyną szansę, bo odchodzi na front. Było to opowiadanie tak odmienne od lansowanych wkrótce schematów, od tej całej receptury skwapliwie przez beztalencia narzucanej, że chętnie bym je jeszcze raz przeczytał. Wtedy zaliczałem je do arcydzieł polskiej nowelistyki; muszę tom Święta kulo wykopać z mojej bałaganiarskiej, bo stale użytkowanej, biblioteki, po prostu żeby sprawdzić tamte doznania i ocenę.

Potem przyszła Rzeczywistość, którą dręczono nasze dzieci, rozmiar tej książki usprawiedliwiają tylko wówczas wprowadzane umowy, które zresztą po dziś pokutują — płacenie od metra.

Spotkałem w Edynburgu starostę Radziwonia, który podpisywał nakaz aresztowania na grupę wileńskich zbuntowanych studentów, żalił mi się, że tylko jeden Putrament, którego najłagodniej potraktowano, miał do niego pretensję i obazgrał brzydko. Pocieszałem go, że inaczej może by w ogóle się zapadł w niepamięci, przestał istnieć. Ale trudno żądać wdzięczności od utrwalonych w karykaturze.

Zdolność do złośliwej deformacji, do drwiny kłującej jak szydłem jest cechą bardzo rzadką w naszej literaturze, dlatego trzeba ją cenić. Ona charakteryzuje pisarstwo Putramenta, czyni je i w jakiś sposób wyjątkowym. Zwłaszcza że pisze z piekielną pasją, rysuje grubą krechą swoje portrety, tak że czytelnik musi zarżeć rozpoznając nie postaci, ale typowe układy sytuacji i charaktery, które są produktem epoki, w jakiej żyjemy. Dlatego za Pasierbów, Małowiernych i Boldyna odpuszczę mu Rozstaje, bo jestem pewny, że do tamtych książek potomni będą wracać. Nastąpiła w tych książkach erupcja tłumionego gniewu, zwyczajnej ludzkiej złości, po prostu przestał się liczyć z tymi, którym niegdyś ulegał, i pofolgował sobie. Jemu naprawdę o coś chodzi, skoro wie, że się naraża, i trwa uparcie przy swoim.

Powiecie, że przy swojej ugruntowanej pozycji i owym bezrybiu wśród literatów partyjnych jakże go się można wyrzekać czy choćby zapędy ściągać wodzami zakazów i pouczeń. Nie bądźcie za pewni, widzieliśmy błyskawiczne kariery i wielkie upadki, choć przeważnie katastrofa przychodziła od wewnątrz, rozsadzało zadufków ich poczucie wielkości. Po prostu sami, głusi na ostrzeżenia i przyjazne rady, przed skokiem wieszali sobie na szyi głupie wyrachowania jak kamień. Putrament musi przewidywać cięgi, jakie go mogą spotkać i z prawej, i z lewej, zawsze występuje jawnie, nawet hałaśliwie, nikt nie może mu odmówić tego, że czyni to żarliwie, młóci i prze, nie zważając, czy to się komuś podoba.

Znam ludzi, którzy go nie znoszą, ale każdy felieton czytają, jak mówią, żeby się zirytować, jego pisanie działa na nich żółciopędnie, ułatwia trawienie rzeczywistości, tej powszedniej, mają z czym się spierać, podrzuca im swoje myśli, jak obrok, do przeżucia.

No, zdarza się, że — jak to się dawniej mawiało — wystrzeli, nie nabije. Milicjanci po dziś dzień pamiętają mu owego „poruczniczynę”, o którym — zatrzymany, bo wyścig rowerowy walił szosą, a tu mogła przepaść najlepsza pora, kiedy ryby biorą — wyraził się złośliwie; są sytuacje, w których człowiek musi bluznąć, inaczej zmoże go kolka wątrobiana. Albo owo przysięganie, że nie ma żadnej afery z lekarstwami, a potem cała prasa aż huczy. Czy atak na „Juniora”… Mówię o tym, na dowód, że czytam, i to pilnie, a mówię, bo ludziska aż kipią… I to jest też dowód, że to pisanie do nich trafia. Pochwalone niech będzie pióro Putramenta, kiedy broni kultury wypoczynku, czystości mowy i zatruwanych rzek, kiedy wygarnia prawdę o naszej motoryzacji bez zaplecza, o uśpionych stacjach obsługi, zdechłych pompach benzynowych, drażniącym niedołęstwie, z jakim się styka na co dzień.

Muszę otwarcie stwierdzić, że niedzielna „Trybuna” bez jego felietonu to prawdziwy zawód, obiad stołówkowy bez soli, to prawie taka klęska, jak jej poniedziałkowy numer bez kolumny sportowej. Ale miało być o rybach! Zaraz, cierpliwości…

Muszę wam wyznać, że go widywałem w różnych sytuacjach, jakie nie zawsze pojawiły się w jego Pół wieku. Pamiętam jako ambasadora w Paryżu, jakieś wczesne śniadanie z Borejszą, który rzuca się na przesyłki z kraju, żeby zobaczyć — cytuję dosłownie — „co tam moja prasa pisze o głupstwach, jakie robi ten wasz rząd”.

Ambasada słynęła wtedy, jak miałem okazję słyszeć na spotkaniach dyplomatycznych, „z najlepszej kuchni, tylko ambasador tak wrzeszczy, że przeszkadza w konsumpcji, zaraz człowiek myśli, że coś się stało…” Tak, gdzież jest ten Putrament, który przemawiał do nas, jak wachmistrz do plutonu kawalerii na drugim krańcu ujeżdżalni? Im sprawa była mniej słuszna, tym głośniej! I wiecie, zaczynał mając salę przeciw sobie, a kończył oklaskiwany, wodził tych literatów za nos jak chciał. A może po prostu wiedział, czego oni chcą. Miał ten organ.

Bo tak się przede mną mitygował, kiedy odpowiedziałem mu na posiedzeniu zarządu w tym samym natężeniu, zdumiał się i z niedowierzaniem zapytał, czego na niego wrzeszczę… „Ależ skąd, nadaję tylko na fali, którą odbieracie…”

Dziś już nie pokrzykuje, na pewno to wynik łowienia ryb, jego wielkiej i oczyszczającej namiętności.

To są najpiękniejsze jego książki, oczywiście nie doceniane, nie dość zachwalane przez krytykę. Może traktuje te strony jako notatnik, jako wprawki, które potem zostaną spożytkowane w powieści?

Tymczasem one są jakby inną ręką pisane. Zawsze mnie złościł u Putramenta ten jego pośpiech, niedbałość, metafory, jakie mu z pióra skapnęły czy na maszynie utłukły. Gdybyż mu się chciało raz jeszcze tekst przeczytać, wyszlifować, przyciąć… Ileż tam scen puszczonych, sytuacji ledwie zamarkowanych! I kiedy mu się mówi o tym, przyznając rację potrafi się tylko zżymać, ale w następnym wydaniu leci tekst znowu tak, jak uwalił. I nawet to niechlujstwo bywa podnoszone jako jego walor stylistyczny! Nie, żeby nie było wątpliwości, jestem wrogiem języka, który martwieje w antyczne odlewy gipsowe. Żeby brzmiało jasno, o co mi chodzi, zestawcie dwie stroniczki z otwartego gdzie popadnie Odyńca czy zajrzyjcie do Małowiernych, a potem sięgnijcie po Arkadię, Czarne sosny czy tę, która stała się pretekstem do wypowiedzenia paru nie najmądrzejszych uwag o zjawisku zwanym Putrament.

Krajobrazy są inne niż tak zwane zapiski rybackie, tu ryby, a przede wszystkim skupienie i samotność, rozumne obcowanie z przyrodą — służą do sondażu psychiki dzisiejszego człowieka, do wysuwania wniosków niejednostkowych, do pełnych troski i zadumy uogólnień. Ucieczki Putramenta nad lesiste jeziora mazurskie, zaszywanie się w wiklinę nad piaszczystym brzegiem niezliczonych, ocalałych od skażenia rzek Kielecczyzny, są samoobroną przed wyniszczającymi nas stresami, męczącym tłumem, gwarem, naporem nieustannych wydarzeń, wobec których trzeba zająć jakąś postawę, osądzić czy przeciwdziałać. My rozpaczliwie pragniemy ciszy, spokoju, godziny skupienia żeby w samotności osądzić, kim naprawdę jesteśmy. Przecież większość z nas nie potrafi po ludzku odpoczywać, nawet jeśli ma tę szansę.

Poczytajcie Putramenta, doceńcie jego nienatarczywie podsuwane rady. Przecież ryby to tylko dodatek do uciszenia wewnętrznego, miła emocja niespodzianki, dość nikłej szansy wykazania sprawności fizycznej, doświadczenia rybackiego, błyśnięcia przed kolegami…

Najpiękniejsze są kartki poświęcone niepowodzeniom, kiedy ryba nie bierze, a zostaje tylko myślenie, osądzanie samego siebie w swoich nadziejach, próba obrachunku.

Są tam wszystkie jego cechy charakteru, złość na żonę — jakie to szczęście, że jest się na kogo pozłościć — że źle podsuwa podbierak i szczupak poszedł. Jest niepokój, że ktoś na niego patrzy, ma mu za złe i nie wiadomo, jak zareaguje, skąd przyjdzie cios, a potem okazuje się, że to imaginacja — na brzegu tkwi strach na wróble. Jest i to, co mnie najbardziej podbiło, umiłowanie polskiego krajobrazu, niszczonego bezmyślnie, nieprawionego przez chciwość człowieka, jego głupotę i tępy brak widzenia, co będzie za lat dziesięć, ile wtedy przyjdzie nam płacić…

Putrament nie jest twórcą oleodruków, landszaftów, pisze o krajobrazie właściwie zwykłym, jaki obojętnie mijamy, dobywa w paru zdaniach jego niepowtarzalny urok, zależny od pory roku, godziny i własnego nastroju. Zdania są zbudowane nieomylnie, każda metafora tkwi jak strzała w centrum. Czytam i widzę, czytam i czuję zapachy deptanych suchych liści młodych dębków. słyszę przywołującą dzieciństwo muzykę chrzęstów i trzeszczenia. Jestem z nim, pogodzony, ufny. Jakiż to jest wtedy inny człowiek. Nawet mu nie zależy na złowieniu ryb, już do tego doszedł.

Gdybyż on tak zawsze chciał pisać, bo nie wierzę, że mu się to samo napisało. Musiał każdy z tych pejzaży bardzo mocno w niego zapaść, skoro go potrafił donieść do domu, urodzie i jeszcze nas tym przeżyciem obdzielić. Ale, żeby nie kończyć zbyt pochwalnie, wiedząc, ilu czytelników się żachnie, a nie wezmą książki i, lenie, nie sprawdzą, że mówię prawdę, chciałbym zacytować parę uwag naszego doświadczonego rybaka.

„Te nasze intelektualisty, co oni wiedzą o miętusach? Tyle, że w Ferdydurke tak się zowie jeden z głównych bohaterów. Dlaczego, po co? To już ich nie interesuje.

A tymczasem miętus jest zjawiskiem bardzo malowniczym, nadającym się do studiów literackich nad współczesnością.”

Kiedy inne ryby zapadają w zimowe odrętwienie, miętus zachowuje ruchliwość, więcej, na zimno uprawia tarło. Zadowala się byle padliną. Wałęsa się nocą po dnie i zżera śpiące rybki. Jest bardzo znamienne, że nie próbuje napaści od głowy, tylko napoczyna od ogona, bez ryzyka, że ofiara się będzie broniła.

„Chwyciwszy rybę za ogon, powoli ją zaczyna połykać: ma się wrażenie, że żre, nie bo chce, bo głodny, ale z nudów. Okres miłości wybrał sobie także odpowiedni: styczeń, wyobraźcie sobie te szały przy temperaturze + 4 stopnie!”

Jest nietowarzyski, bliźni nie obchodzi go zupełnie. Ryby złowione popadają w rozpacz, walczą albo słabną ze zgrozy. Miętus nie, nawet w koszu jeszcze zżera inne, po kanibalsku i te ze swego gatunku.

Tak Putrament ze szczerą nienawiścią opisuje tę niewielką, budzącą jego pogardę rybę. Męczą go pełne grozy sny małych rybek w noc

zimową, kiedy pod osłoną ciemności leniwie miętus podpełza na dnie. Męczą go pełne grozy sny małych rybek w noc zimową, kiedy pod osłoną ciemności leniwie miętus podpełza na dnie… Przecież to cechy zaczerpnięte od ludzi, a podrzucone rybom. Demaskuje, wywleka na powierzchnię, opatrzywszy etykietami, podsuwa nam przed oczy, ostrzega.

Toteż nie dziwcie się, że go ludzkie miętusy nie znoszą, próbują podskubać, ale połknąć nie potrafią.

*

*                                                          *

Krajobrazy, s. 179-183.

MIĘTUSY

Te nasze intelektualisty, co oni wiedzą o miętusach? Tyle, że w „Ferdydurke” tak się zowie jeden z głównych bohaterów. Dlaczego, po co? To już ich nie interesuje.

A tymczasem miętus jest zjawiskiem bardzo malowniczym, nadającym się do studiów literackich nad współczesnością.

Oto zwięzły opis jego charakteru i obyczajów.

Bliski krewny dorsza, miętus (Lota lota) jest jedynym w Polsce słodkowodnym przedstawicielem swojej rodziny (Gadidae, czyli dorszowate). Jak i reszta rodziny, lubi on zimę, niskie temperatury wody, co więcej, ma typowo nocny tryb życia. W dzień drzemie na dnie, schowany pod jakimś karczem, o zmierzchu rusza na łowy. W jedzeniu niewybredny, nie gardzi zdechłą rybą, robakami, ikrą innych ryb. W przeciwieństwie do rasowych drapieżców, choleryków czy sangwiników, które ścigają zdobycz albo czatują na nią w zasadzce, miętus wałęsa się cichutko po dnie i stara się przyłapać drzemiące, zagapione płotki czy kiełbie. Bardzo znamienne: nie chwyta ich od głowy czy w poprzek tułowia, ale zachodzi od ogona, łapie pyskiem ten ogon, a ponieważ pysk ma chropowaty, jak tarcze ścierne albo szklany papier, jak już złapie za ten ogon, nie popuści.

Wyobraźcie sobie noc na dnie jeziora, ciemność absolutną, zimno, ciszę. W tej ciemności, zimnie, ciszy snują się żarłoczne, wielkopyskie potwory, sumy albo żmijookie węgorze. Mała rybka chowa się za muszlą czy ogryzkiem gałęzi: jej sen pełen jest strachów, jak sen dziecka, ale jak najbardziej realnych. Czasem myślę, że te strachy senne, która pamiętam z dzieciństwa, strachy bezprzedmiotowe, rodzące się w ciemności, są jakimś spadkiem po wspólnych przodkach, są wyniesione z nocy morskiego dna.

Otóż miętus staje się zmorą nocną, gdy inne śpią – w zimie. Gdy sumy czy węgorze zbierają się w gromady dla raźniejszego przetrwania zimy, miętus właśnie zaczyna żerować, jest to koszmar nocy zimowej; dzięki niemu ostatni, zdawałoby się, urywek czasu, w którym zwykła biała ryba mogłaby odetchnąć od swego nieustannego strachu, noc zimowa też ma swój przydział grozy. To jest osobliwa, powolna, rozmamłana groza.

Chwyciwszy rybę za ogon, powoli zaczyna ją połykać: ma się wrażenie, że żre, nie – bo chce, bo głodny, ale z nudów. Okres miłości wybrał także odpowiedni: styczeń. Wyobraźcie sobie te szały namiętności przy temperaturze + 4 stopnie? Wszystkie inne ryby czekają, aż się woda ogrzeje do tylu a tylu stopni, ich mechanizm uczuciowy nastawiony jest na ciepło. Miętus parzy się, gdy temperatura spada do minimum.

Jest nietowarzyski, mało, bliźni nie obchodzi go zupełnie. Ryby złowione przez człowieka są zwykle w stanie kompletnego szoku, ich nieliczne typy reakcyj zostają zapomniane, po krótkim okresie rozpaczliwego szału wpadają w prostrację.

Miętus i w tym względzie jest wyjątkiem. Trafiwszy na hak, prawie się nie opiera, wypływa na powierzchnię, trochę podryga — też bez przekonania — i daje się wziąć zdobywcy. Po czym pozostaje sobą: nieruchawy, niewybredny, znudzony.

Miętus jest jedyną naszą rybą, która potrafi już w koszyku rybaka połknąć mniejszego kuzyna. Jest taka historia: kucharka kupiwszy dwa miętusy wpada do pani domu: — Proszę pani, proszę pani, tam jest tylko jedna ryba, bez głowy, za to z dwoma ogonami…

A to tylko większa przymierzyła się i zaczęła połykać tę mniejszą…

Charakterystyczna, ale nieprawdziwa historia —  jako się rzekło, miętus atakuje od ogona…

Notabene: oto jedyny świat – świat rybi – gdzie dyskusja może skończyć się dokładnym naukowym ustaleniem, kto ma rację: ten, kto ma większy pysk.

Boję się, że w tym opisie nie zachowałem podstawowej proporcji, że w miętusie wydobyłem na wierzch przede wszystkim jego osobliwy, zimny, nocny demonizm. Jeśli tak, przepraszam, popełniłem błąd. Bo dominuje w miętusie co innego — rozmamłanie, znudzenie, niemal ciamajdowatość.

Żre byle co, wolno, bez przyjemności. Parzy się, nie namiętnie czy przynajmniej zmysłowo, ale tak jakoś mimochodem, byle jak.

Na niczym mu nie zależy, o nic nie walczy, karku nie nadstawia, najlepiej czuje się na dnie jamy czy pod rozrosłym karczem.

Postawa ta, jak wiemy, nie jest monopolem miętusim, znajduje naśladowców u pewnych ssaków, a nawet naczelnych (nie redaktorów, ale zwierząt, po łacinie primates). Że to nie jest ta najbardziej godna pochwały postawa, słusznie jest zanalizować ją, znaleźć jej źródła, pokazać prawzór jego obecnym naśladowcom.

Poznajmy szeroko ich obyczaje, może ten i ów, uświadomiwszy sobie te zbieżności charakteru, wzdrygnie się i nagle się odrodzi. Rzadki to fenomen, ale nie wykluczony. Właśnie ukazanie w całej jaskrawości miętusiego zachowania się może wywołać zbawczy szok u ich rzekomo ciepłokrwistych naśladowców.

A właściwie samym miętusom trzeba by współczuć. Tak, ale są takie zimne, śliskie, powolne, wymykające się z palców. I w swoim rozmamłaniu nie pozbawione przecież demonizmu. Patrzę na nie, na ich monotonne igraszki. Nic ich nie kosztuje połknąć sąsiada tylko dlatego, że mniejszy. Zrobić krzywdę tylko dlatego, że ktoś słabszy. Żeby z namiętności, z nienawiści, zazdrości, choćby skąpstwa, choćby chciwości, choćby z jakiejkolwiek najgorszej ludzkiej wady, jeszcze bym to rozumiał.

Nie, bez żadnego powodu, mimochodem. Nie jest ich dużo, nie stanowią problemu, stanowią fenomen. Bo przy swej jałowości należą do ryb bardziej rozwiniętych, bliskich płazom. Stać by je było na dużo, dużo więcej, gdyby im się tylko czegokolwiek zechciało naprawdę.

Najzabawniejsze, że te Obrzydliwce posiadają świetne, delikatne mięso. Smażony miętus jest smakołykiem, a jego wątróbka — palce lizać!

2014/09/21 | Supplementum

Suplement CLXXII

Nowe książki,  Wydania 161-184, 1957

Morze bez brzegów

Jadwiga Wernerowa

— Morze bez brzegów? To chyba tylko poetycka metafora. W rzeczywistości przecież takie morze nie mogłoby istnieć.

Czyżby na pewno nie mogło? A jednak jest taki pokaźny przestwór słonych wód wśród oceanu zupełnie wyraźnie wyodrębniający się barwą, o swoistych stosunkach cieplnych, o całkiem innej przezroczystości. Dodajmy do tego charakterystyczną tylko dla niego florę i faunę i chyba będzie dość podstaw do twierdzenia, że jest to morze? Ale jednocześnie ten wielki obszar wodny nie przytyka do żadnego lądu, mamy więc prawo mówić, że nie ma brzegów.

Znajdziemy zresztą to morze na wszystkich mapach oceanów świata, wyraźnie zaznaczone pod nazwą Sargasowego.

Historycznie rzecz biorąc (choć niewątpliwie żeglarze docierali doń już dawniej), zaszczyt odkrycia go przypisuje się Kolumbowi. Jemu pierwszemu zawdzięczamy opis specyficznej flory tych wód. Wyłowione z niej pojedyncze kępki soczyście zielonych roślin pokrytych „jagódkami” przypominały marynarzom Kolumba gałązki drobnoowocowej winorośli pozostawionej w dalekiej ojczyźnie, dlatego nazwali je „salgazza” (owa rasa winogron). Zresztą i dziś jeszcze, choć wiemy, że rośliny te nic wspólnego nie mają z winoroślą, że owe „jagódki” nie są wcale owocami, lecz pęcherzami hydrostatycznymi, utrzymała się dla tych glonów nazwa gronorosty.

Przestworza morza Sargasowego uczyniono wkrótce ojczyzną wszelkich przedziwnych potworów, które potrafiła wyczarować bujna fantazja marynarzy, na długie miesiące odciętych od lądu i skazanych na obcowanie z bezmiarem wód i żyjących pod stałą groźbą zagłady ze strony wrogich żywiołów.

Ono złośliwie więziło statki wśród gąszczu swej roślinności.

Ono też wreszcie miało być ostatnią przystanią zatopionych okrętów.

Postępy wiedzy rozwiały legendy i baśnie okrywające grubą zasłoną rzeczywiste fakty dotyczące morza Sargasowego, nie osłabiły jednak zainteresowania oceanografów jego sprawami. Metodycznie jedno po drugim badane są zagadnienia jego powstania, zespołu warunków fizykochemicznych tam panujących, flory, fauny. Uczeni nie ograniczają się przy tym do statycznego stwierdzenia dzisiejszego stanu rzeczy, lecz poszukują przyczyn, które ten stan spowodowały, starają się wykazać pochodzenie swoistego świata żywych istot zamieszkujących to morze bez brzegów.

Trudne i zawiłe dla laika sprawy omawia Krystyna Kowalska w książce Morze Sargasowe. W krótkich rozdziałkach zajmuje się historią odkrycia tego zadziwiającego utworu, jego powstaniem w wyniku kolistych prądów cyrkulujących w Atlantyku, warunkami rozwoju planktonu — „niewidzialnej łąki” — będącej pastwiskiem dla dalszych ogniw żywego łańcucha zjadanych kolejno przez coraz większe gatunki mięsożernych zwierząt.

Rozważa następnie pochodzenie gronorostów, których ukazanie się wpłynęło na losy wyprawy Kolumba, zajmuje się nimi zresztą nie wyłącznie jako roślinami, ale także jako trwałym podłożem dla osiadłych form zwierzęcych, stanowiących jednak tylko skromny wycinek swoistej fauny, owych kłębowisk glonów. Wśród ich plechy znajdujemy też zwierzęta wolno żyjące jak przeróżne skorupiaki — od malutkiego krabika, który dla Kolumba był zwiastunem bliskiego lądu, aż do zwinnego kraba Neptuna, krewetki, kikutnicy, koźlatki. Miniaturowe ośmiornice i przeróżne ślimaki reprezentują tu świat mięczaków.

A wreszcie ryby. Przystosowane bądź na całe życie do przebywania na „zatopionej łące”, bądź związane z nią luźniej na pewne tylko okresy życia. Za symbol służyć tu może Pterofryne — rybka sargasowa, której wprost wyróżnić niepodobna z tła strzępiastych plech. Autorka, dążąc sumiennie do wyczerpania tematu, nie pomija też mieszkańców wód otwartych morza Sargasowego, a także jego przepastnych głębin. Odrębny rozdziałek poświęca węgorzom, ich wędrówkom rozrodczym z naszych rzek i jezior do tych właśnie głębin, będących, jak wiadomo, kolebką i grobem tego gatunku. Usiłuje uniknąć szablonowego ujęcia tematu, próbując dać czytelnikowi hipotezę rozwiązania tej zagadki.

Trzeba przyznać, że zebrawszy w szczupłej książeczce taki ogrom zagadnień, autorka stara się nie przytłaczać czytelnika suchym wymienianiem faktów, lecz dać obraz życia całości omawianej biocenozy w rozwoju ewolucyjnym jej poszczególnych członów i tysiącem powiązań z florą i fauną innych mórz. Przytacza też po krytycznej ocenie, wyniki badań rozmaitych oceanografów, wyjaśnia fizyko-chemiczne przyczyny pewnych swoistych zjawisk, jak np. przejrzystości czy barwy.

W odniesieniu do tego zadziwiającego morza nie można przeholować w użyciu superlatywów, gdyż wykazuje ono na północnym Atlantyku najwyższe temperatury, najwyższe zasolenie. Dochodzi do tego najwyższa głębokość przezroczystości wód morskich i najbardziej nasycony szafir na skali barwnej mórz. Wszystko to sprawia, że Morze Sargasowe musi zauważyć każdy, kto teoretycznie czy praktycznie zetknął się z zagadnieniami oceanografii. Prócz tych pozytywnych „naj” wykazuje jeszcze jedną cechę występującą w najwyższym stopniu, ale niestety, cechę ujemną, a mianowicie ubóstwo planktonu.

Przy czytaniu książeczki Morze Sargasowe ma się wrażenie oglądania barwnych obrazów w kalejdoskopie: jeden po drugim ukazuje się i znika, by ustąpić miejsca następnemu. Nie, kalejdoskop to złe porównanie, jego obrazy są praktycznie biorąc niepowtarzalne, tu zaś czytelnik ma raczej niby pudło z kolorowymi przezroczami, przegląda kolejno jedno, drugie, trzecie, w każdej chwili ma jednak możność powrócenia do tego, którego treść chce sobie odświeżyć.

Nie chciałabym być źle zrozumiana. Powyższe porównanie ma podkreślić egzotykę i barwność tematyki, ale nie jej łatwość. Zagadnienie biocenoz w ogóle jest złożone i trudne, a morze Sargasowe nie stanowi wyjątku. Autorka przedstawiła je szkicowo w wielkim skrócie nieprzyswajalnym dla kompletnego laika. Kto jednak dysponuje podstawowymi wiadomościami z dziedziny nauk przyrodniczych, z pożytkiem może się zapoznać z tym swoistym morzem bez brzegów.

Niedosyt wywołany siłą rzeczy fragmentarycznością podanego tematu autorka chce zaspokoić wskazaniem obszerniejszych popularnych opracowań tych zagadnień. Trudno jednak się zgodzić aby podręczniki, jak np. F. Gessner — Hydrobotanik lub A. Lityński Hydrobiologia można było zaliczyć na równi z popularnie ujętymi książkami Beeb’a czy Demela do lektury przystępnej dla niespecjalisty.

KOWALSKA KRYSTYNA: Morze Sargasowe. W-wa 1957, PWN, cm 19 X 12, s. 152, 3 nlb., z ilustr. zł 8,00 (Biblioteczka przyrodnicza) 58+59

 

*

*                                         *

Morze Sargasowe, s.  66-74

[…]. Najciekawszym jednak zjawiskiem są przystosowane do gronorostów ryby. Pomijając często tu spotykane jaja i narybek ryb w stadium dojrzałym pelagicznych i dennych, są ryby na całe życie związane z roślinnością podwodną. I u nas na łąkach podwodnych trawy morskiej w Zatoce Puckiej i wśród gęstych obrostów pali na sopockim molo przewijają się wężowymi ruchami smukłe, zielone iglicznie i wężynki, dziwaczne ryby o ciele pokrytym rzędami tarczek kostnych, doskonale stonowane w ubarwieniu ze swym tłem, słabe pływaki, szukające schronienia w zaciszu roślin. Przedstawiciel tej rodziny, bardzo pospolitej wszędzie w strefie wodorostów we wszystkich morzach i oceanach, występuje również w Morzu Sargasowym. Jest to iglicznia Syngnathus pelagicus, zewnętrznie wielce podobna do naszej igliczni, ale bardziej przystosowana barwą do glonów sargasowych — jak one brązowozielona, jak one plamiasta i jak strzępki ich plech powiewająca frędzelkami skóry.

Obok igliczni występują jeszcze należące do tego samego rzędu pędzloskrzelnych (Sygnathiformes), również pospolite, ale tylko w podwodnych zaroślach mórz ciepłych, koniki morskie (Hippocampidae) o figurce konika szachowego i skręconym w znak zapytania ogonku, za pomocą którego wyczyniają przeróżne sztuki akrobatyczne na plechach glonów. Wydłużone na kształt końskich pyski igliczni i koników morskich są aparatem wsysającym i wycedzającym z wody plankton oraz wszelkie zawiesiny organiczne, stanowiące wyłączny pokarm tych oryginalnych ryb.

Obydwa gatunki, podobnie jak i inni przedstawiciele tego rzędu, wykazują swoistą troskę o potomstwo. Sprawuje je mianowicie płeć męska. Samica igliczni składa jaja do fałdy skórnej, konika — nawet do specjalnej torby lęgowej, poczem odpływa spokojnie, pozostawiając wylęg i wychów ojcu. To pomieszanie funkcji, częstsze zresztą u ryb niż u kręgowców wyższych, spowodowało nader rzadki już naprawdę w świecie zwierzęcym wypadek świetniejszego ubarwienia samic niż samców.

Adaptacje do życia wśród gronorostów, jakie wykazują iglicznie i koniki morskie nie osiągnęły jednak tak wysokiego stopnia, jak adaptacje słynnej rybki sargasowej pterofryne (Pterophryne histrio). Pterofryne występuje tylko na terenie Morza Sargasowego, choć spokrewnione z nią gatunki z rodziny Antennariidae spotyka się i na innych obszarach strefy przybrzeżnej mórz gorących, szczególnie w wodach Australii i Archipelagu Indomalajskiego.

Niełatwo jest zauważyć rybkę sargasową, która w glonowym szałasie, plamista jak on, tkwi mocno, dzierżąc się plech palczastymi płetwami piersiowymi. Jej złocistobrązowa barwa zasadnicza, na której tle ciągną się nieregularne pasy i plamy koloru i kształtu brunatnych plech gronorostów oraz złote kółeczka barwy i kształtu ich pływaków, to jeszcze nie wszystko. Od łba do ogona zwisają liczne płaty skóry, jak frendzelki podobne do drobnych rozgałęzień glonów i jak one inkrustowane białymi cętkami.

Doskonale ukryta wśród glonów w swym maskującym ubarwieniu, ma jeszcze zdolność zmieniania tych barw, kto wie, czy nie w wyższym stopniu niż słynny symbol zmienności — egipski kameleon. Gdy kępka, na której przesiaduje, chyli się już ku starości, brunatnieje wraz z nią, a gdy zwiotczałe pływaki nie utrzymują już ciężaru glonu ze wszystkimi lokatorami i roślina opada w głębie, ciało ryby nabiera złocistożółtego tła nowego, młodego gronorostu, na który musiała się przenieść.

Ta natychmiastowa prawie reakcja fizjologiczna komórek barwnikowych skóry na zmianę barwy środowiska znana jest, w mniejszym wprawdzie stopniu, u innych ryb, na przykład u fląder, które zabarwiają się „w kostkę”, jeśli na dno akwarium położy się szachownicę.

Budowa ciała pterofryny jest również doskonale przystosowana do warunków życia. Krępa, z płetwami piersiowymi, wykształconymi w niezdarne w naszym rozumieniu, a bardzo zręczne i chwytne w jej warunkach „łapy”, z przesuniętym na głowę pierwszym promieniem płetwy grzbietowej, doskonale łazi po glonach, zwisa w dól głową, przybiera najdziwaczniejsze pozy.

Kamuflaż warunkuje specyficzny sposób polowania. Gdy podpłynie jakaś zdobycz — może to być krab, krewetka, ślimak, czy nawet przedstawiciel tego samego gatunku — ożywia się nagle kępa gronorostów, w której drapieżnik urządził sobie stanowisko łowieckie. Otwiera się olbrzymia paszcza i szeroko rozstawiają kości gardzieli, wchłaniając strumień wody i porwaną jego nurtem ofiarę. Woda wylatuje specjalnym kanałem podskórnym pod płetwami piersiowymi, a odcedzona zdobycz ginie w łatwo rozszerzającym się żołądku. Tak poluje nie ruszając się prawie z miejsca, nie tracąc energii na pogoń i walkę ten mały, lecz żarłoczny drapieżnik, na pozór niewinny symbol Morza Sargasowego. Ofiarami jego są równie dobrze zamaskowane organizmy, w tym również inne pterofryny, gdyż ryba ta, jak wiele organizmów morskich chętnie uprawia kanibalizm. Kamuflaż jest więc, jak widać, bardzo względną ochroną. Zabezpiecza może raczej przed wrogiem z zewnątrz, który zdobycz swą wypatruje z daleka, niż przed innymi członkami zespołu sargasowego. Gdyby pterofryny były z racji swych barw ochronnych i sposobu polowania „nieosiągalne” dla wrogów, pozostałyby jeszcze przez krótki czas na gruzach zdewastowanego przez siebie zespołu w roli wątpliwych zwycięzców, nim nie zginęłyby z głodu, oddalone o setki mil od najbliższego jadła, izolowane odeń całkowicie, gdyż jedyną dla nich możliwością swobodnego poruszania się są zarośla gronorostów.

Przystosowanie do życia wśród roślinności podwodnej u takich ryb, jak iglicznie, koniki morskie, pterofryny i wiele innych, jest ciekawym przykładem jednego z niezmiernie licznych kierunków ewolucyjnych, w jakich rozwijały się od istot najprostszych organizmy Ziemi — kierunków, które spowodowały współczesną różnorodność — bynajmniej nie ostatni etap rozwoju ewolucyjnego. Koniki morskie, iglicznie i nasze słodkowodne formy cierników rozwinęły się z form wymarłych, zbliżonych do współczesnych belon, długich srebrnych ryb z zielonym grzbietem i bocianimi szczękami, znanych z wód Bałtyku. Przechodzenie do różnorodnych środowisk powodowało dalszą ewolucję, idącą już własnymi torami w szczegółach organizacji. Dziś pokrewieństwo rodowe wykryć można tylko na podstawie badań anatomiczno-porównawczych, badań nad rozwojem osobniczym oraz badañ paleontologicznych.

Można sobie również odtworzyć w ogólnych zarysach drogę ewolucyjną dużej grupy ryb, w której skład wchodzi Pterophryne Morza Sargasowego.

Podobnie jak denna żabnica, której larwy występują w planktonie wśród gronorostów, oraz jak wiele ryb głębinowych, odkrytych już w pierwszej połowie ubiegłego stulecia, rybka sargasowa należy do rzędu nogopłetwych (Lophiiformes, Pediculati). Rząd ten charakteryzuje mniej lub bardziej spłaszczone ciało, oryginalne przekształcenie płetw piersiowych w „łapy” do pełzania po dnie, przekształcenie pierwszych promieni płetwy grzbietowej w „wabiki”, przesunięte na głowę, zdolność olbrzymiego rozszerzania gardzieli, wchłaniania wody i nadymania się oraz liczne, imitujące podłoże, wyrostki skóry. Przodkowie tych ryb byli mieszkańcami strefy przybrzeżnej, ukrywali się wśród szczelin skał podwodnych, raf koralowych, roślinności dennej, czy zarośli mangrowe. Prądy morskie, sztormy, odrywały je, tak jak to dziś czynią z potomkami, od brzegów i unosiły ze zwałami glonów na pełne morze. Opanowując stopniowo coraz nowe tereny mogły niektóre z nich opuszczać się stopniowo po skłonie kontynentalnym w głębie i tam ewoluować w takim kierunku, jak żabnica, albo też zapędzone prądami w skupisko wodorostów na pełnym morzu, wytworzyć formy tak doskonale przystosowane do życia na pływającej wyspie roślinności, jak pterofryne.

Wiejące w lecie wiatry z południa nabierają czasem katastrofalnej siły; całe zwały gronorostów płyną na północ, wchodzą w nurt Prądu Atlantyckiego, dostają się na obszary o coraz niższej temperaturze i powoli obumierają. Los ich dzielą lokatorowie. Nie tylko zwierzęta osiadłe, ale i luźniej związane trzymają się kurczowo glonów, ostatniej deski ratunku w szalejącym kataklizmie i zawsze dotąd niezawodnej ochrony. Płynące na wątłych tratewkach pterofryny, koniki morskie, kraby powoli drętwieją z zimna i również opadają w głębie. W roku 1897 złowiono na wybrzeżach stanu Massachusets około sto odrętwiałych w swych glonowych szałasach pterofryn. Znacznie więcej na pewno zginęło na innych łodziach ratunkowych, zagnanych sztormem dalej na północ. Nawet w Norwegii notowano znalezienie, martwej oczywiście, rybki sargasowej.

Właściwy zespół sargasowy, złożony ze zwierząt osiadłych na plechach i niemniej silnie z nimi związanych biologicznie zwierząt swobodnie się poruszających, stanowi więc jedną wielką całość.  Samowystarczalność tego zespołu zapewniają tworzące go ogniwa, w których reprezentowane są wszystkie bez mała grupy biologiczne organizmów morskich. Wyjściową bazę pokarmową reprezentują samożywne glony sargasowe, rekompensujące ubóstwo planktonu roślinnego. […]

 

 

2014/09/18 | Supplementum

Suplement CLXXI

Przyroda: pismo tygodniowe, illustrowane, poświęcone uprzystępnianiu wiedzy przyrodniczej z szerokim uwzględnieniem gieografji. R. 2, 1905 nr 46 (16 XII), str. 733-734.

Ryby żyworodne.
_____

Żyworodność wśród ryb nie jest bynajmniej zjawiskiem tak rzadkim, jak wielu, nietylko profanów, ale i przyrodników mniema. Spotyka się ona u wielu gatunków ryb spodoustych (Selachii), oraz u bardzo wielu przedstawicieli rodziny zębatych karpików (Cyprinodontae). Kilka żyworodzących gatunków, należących do tej rodziny, w ciągu ostatnich paru lat przywieziono do Europy i rozmnożono skutkiem czego rozpowszechniły się pomiędzy przyrodnikami i miłośnikami akwarjów, na co swemi ciekawemi zwyczajami, łatwym i częstym rozmnażaniem się, jak również dość skromnemi wymaganiami w zupełności zasługują.

Rybki te zamieszkują Amerykę. Należą one do najmniejszych ryb, gdyż wielkość największego z przywiezionych do Europy gatunków (Amblyopsis spelaeus) nie przewyższa kilkunastu centymetrów.

Bardzo odpowiednim do akwarjów gatunkiem jest Girardinus decemmaculatus z Buenos-Ayres. Długość samicy tej rybki dosięga zaledwie 5 cm., a długość samca tylko 3. Samiec różni się od samicy mniejszym wzrostem, płetwą podogonową, która tworzy u niego coś w rodzaju otwartej z boku rurki czy rynienki, zakończonej maleńkim, ostrym, zagiętym haczykiem. Nadto samiec posiada wzdłuż każdego boku ogona dziesięć plamek, a samica tylko jedną. Nie zawsze widać wszystkie dziesięć plamek. Bywają dni, w których występuje tylko jedna. Prawdopodobnie przyczynami tego są głód i przestrach, nie zaś nizka temperatura, gdyż nawet przy 6°-7° R. plamki nie znikały.

Samica po zapłodnieniu zaczyna grubieć, brzuch jej przybiera, rzec można, potworne rozmiary, a boki tak wydymają się, że często linja kręgosłupa tworzy brózdę.

Samica przed porodem okazuje pewien niepokój, stara się gdzieś ukryć. Pierwszy płód rodzi się ogonem naprzód, po paru kurczach matki. Wkrótce zjawia się drugi, głową naprzód, poczym następuje 10-15 minut pauzy. Następnie w ten sam sposób rodzą się dwie rybki, znowu pauza i t. d.

Nowo narodzone rybki z początku padają na dno, wkrótce jednak zaczynają pływać, poruszając w bok ogonkiem, i łowić drobne skorupiaki, oraz wymoczki.

Girardinus decemmaculatus rozmnaża się kilka razy w ciągu lata, przy temperaturze 15°-20° R. Ilość noworodków wynosi 20-40, a niekiedy jeszcze więcej. Wielkość ich wynosi blizko 1 cm. Początkowo są one zupełnie podobne do siebie, dopiero w ciągu 3-5 miesięcy, zależnie od ilości i jakości pożywienia, od nasycenia wody powietrzem i t. p., płetwa podogonowa u samców zaczyna zwijać się i wogóle zaczynają występować różnice płciowe.

U wyżej wspomnianej ryby zauważono niejednokrotnie powtórny poród bez powtórnego zapłodnienia. Mianowicie u zapłodnionej samicy, trzymanej oddzielnie, w jakiś czas po urodzeniu zwykłej liczby, zauważono powtórne grubienie i nastąpił poród, którego rezultatem była jednak mniejsza, niż zwykle, liczba młodych.

Oprócz Girardinus decemmaculatus do Europy sprowadzono Girardinus caudimaculatus, z jedną tylko plamą z każdego boku, zresztą podobny do poprzedniego. Rozmnaża się nieco obficiej i jest jeszcze podatniejszy do pokojowej hodowli.

Poecilia mexicana Gnth., pochodząca z Meksyku, jest trochę większa od poprzednich żyworodek. Rybka ta, szczególniej samiec, odznacza się zaokrąglonym, wachlarzowatym ogonem. Zasadnicza barwa ciała-srebrzysta z niebieskim odcieniem i dwoma rzędami bronzowawych plamek. Płetwa podogonowa samca zwinięta, zakończona widełkami. Liczba rodzonego zarybku 8-20. Każda rybka rodzi się oddzielnie w odstępach 10-20 minut, głową na dół, zgięta. Poecilia mexicana rozmnaża się najczęściej przy 20° R., a żyć może dobrze nawet przy 12° R.

Gambusia Holbrookii jest najmniejszym ze znajdujących się obecnie w Europie gatunków żyworodek. Pochodzi ona z południowych Stanów Zjednoczonych i Kuby. Ubarwienie samca składa się z żółtawego lub białego tła i dość, dużych, czarnych plam rozsianych po ciele i płetwach. Samica ma tylko po dwie czarne plamy z każdego boku, jedną koło oczu, a drugą koło nasady ogona. Podogonowa płetwa samca nie tworzy rurki, lecz silnie zaostrzony trójkąt. Rybki rodzą się bardzo szybko, z małemi pęcherzykami żółtkowemi. U Gambusia Holbrookii zdarzają się, jak i u Girardinus decemmaculatus powtórne porody bez samca.

Oprócz Gambusia Holbrookii w handlu spotyka się Gambusia affinis.

Mollenisia latipinna, niedawno sprowadzono do Europy, pochodzi z Meksyku i Stanów południowych. Dorosłą samce odznaczają się niezwykłej wielkości płetwą grzbietową. Płetwę podogonową samca stanowi igła zaopatrzona na bokach maleńkiemi ząbkami. Ubarwienie dość pstre, z przewagą barwy czerwonawej.

Oprócz Mollenisia latipinna do Europy sprowadzono gatunek Mollenisia formosa.

Wszystkie wyżej wspomniane żyworodki, a zwłaszcza Girardinus, trzymać i rozmnażać można nawet w szerokich słojach z dnem pokrytym czystym rzecznym piaskiem, i zawierających wodne rośliny. Karmić należy drobnemi skorupiakami, jak Daphnia lub Polyphemus (Cyklop), surowym mięsem i t. p.  Młode karmić można wymoczkami, drobniejszemi, młodemi cyklopami i t. p: Prócz tego żyworodki jedzą drobne wodorosty. Wreszcie można karmić dorosłe sztucznym pokarmem piscidinem 0, a młode piscidinem 000, a potym 00.

Kiedy samica bardzo zgrubiała, co oznacza blizki poród, należy umieścić ją w osobnym słoju, a następnie oddzielić od nowonarodzonych rybek, przenosząc ją z powrotem do starych, gdyż młode mogą być przez stare pozjadane. Należy zmienić wodę tylko wtedy, gdy jest bardzo brudna, lub gdy ryby pływają pod
powierzchnią chwytając powietrze.

Żyworodki dostać można w Petersburgu; Moskwie, Kijowie lub w większych miastach Niemiec; z petersburskich firm polecić można Petrowa (Wasiliewskij ostrow, l linja Nr. 50), który wysyła cenniki i warunki przesyłki na żądanie darmo. W Moskwie np. Etiker (Bolszaja Nikitinskaja ugoł Szeremetewskago pr. Richtera). W Kijowie Sławin (Nikołajewskaja 3). Z firm berlińskich polecić można F. Olaf Andersen (Berlin S., Stallsreiberstr. 13) (cennik tego ostatniego na żądanie darmo, Girad. caudim. 75 fenigów para, oraz Paul Matte in Lankwitz b. Berlin, cennik darmo). Julius Reichelt Elsasserstr. 12. Berlin N. Vorratsliste darmo.

Oprócz wymienionych wyżej żyworodek została sprowadzona do Europy Amblyopsis spelaeus. Jest to kilkunastocentymetrowa rybka, biaława, ślepa. Pochodzi ona z podziemnych wód groty Mamutowej w Kentucky. Wszystkie egzemplarze były wkrótce rozkupione i co się z niemi stało ― niewiadomo.

Konrad Prószyński (syn).

Linki:

http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/dlibra/doccontent?id=14300&from=FBC

 

Suplement CLXX

Kosmos , Lwów Roczn. 27. p. 296-301.

 

O rybach rajskich.

(Sur le Macropodus viridiauratus).

Przez

Dra: Mieczysława Grochowskiego.

__________

Ryba rajska, jest jedyną rybą, należącą do działu Błędniczaków (Labyrinthici), żyjącą od niedawna w Europie. Pochodzi ona z Chin, skąd została po raz pierwszy wysłaną do Francyi przez konsula Simona do Paryża, gdzie dostała się do francuskiego hodowcy ryb Carbonnier, który ją zaaklimatyzował i doprowadzil do rozmnażania. Nazwę jej nadał Lacepede a opisał pierwszy Cuvier. Nazwa Macropodus znaczy dosłownie wielkonóg i pochodzi stąd, że ryby te posiadają długie nitkowate płetwy piersiowe, które mogą być porównane z nogami. Opis Cuviera nie jest ścisły i świadczy, że nie miał on przed sobą żywych egzemplarzy. Górne kości przełykowe są wydrążone jak u wszystkich Błędniczaków i mogą być wypełnione wodą, tak że ryba może żyć pewien czas bez wody.

Uzębienie ogranicza się wyłącznie do szczęk i składa się z drobnych ząbków. Płetwa grzbietowa jest złożona z trzynastu twardych promieni a siedmiu miękkich, płetwa podogonowa z siedmnastu albo ośmnastu twardych i piętnastu miękkich, płetwy brzuszne z jednego twardego, wydłużonego i pięciu miękkich promieni, płetwa ogonowa ma formę półksiężyca. Brązowe ubarwienie grzbietowej strony ciała, przechodzi ku spodowi w zielono-siwe; boki są pręgowane poprzecznie w ten sposób, że za pręgami żółto-zielonemi lub niebieskawemi następują pręgi czerwone. Pokrywkę skrzelową zieloną ozdabia żółty brzeg. Samica posiada słabiej rozwinięte płetwy i ubarwienie jej jest mniej jaskrawem. Długość wynosi ośm do dziewięciu centymetrów.

O życiu w stanie dzikim nie mamy żadnych wiadomości. Utrzymują przeto niektórzy, że jest ona produktem sztucznej hodowli, prowadzonej przez czas długi. Tyle tylko wiadomo, że ryba ta jest powszechnie hodowaną w Chinach w akwaryach, podobnie jak złota ryba, jednakże o wiele łatwiej rozmnaża się w małych nawet akwaryach. Ponieważ posiada zdolność życia w wodzie, zawierającej mało tlenu, i może nawet żyć bez wody 20 minut i więcej bez szkody widocznej, przeto nadaje się łatwiej do hodowli w akwaryach niż każda inna. Ze stu ryb, wysłanych z Chin, utrzymało się dwadzieścia dwie przy życiu, a od tych pochodzą wszystkie inne hodowane obecnie w Europie.

W porze godowej walczą samce o zdobycie samicy i przybierają wtedy najświetniejsze barwy; walki te rozstrzyga zawsze samica, wpadając między walczących i wybierając najpiękniej ubarwionego samca. Wówczas samiec przystępuje do budowy gniazda. Zakłada on je na powierzchni wody, w pobliżu wystających nad powierzchnię skał akwaryum lub między łodygami roślin. Średnica jego wynosi pięć do dziesięciu centymetrów. Składa się ono z kulek powietrznych otoczonych śluzem wydzielanym przez samca w porze godowej. Samica składa jaja, które się układają w ten sposób, że pod każdą kulką powietrzną znajduje się jedno jajko. Samiec pilnuje ustawicznie gniazda tak, że i samica nie może się do niego zbliżyć. W dwadzieścia cztery godzin po złożeniu jaj pojawia się ciemna plama w żółtku jaja, a dzień później zaczyna się bicie serca; we dwadzieścia lub ośmnaście godzin później wykłuwają się młode bezgębne rybki; w pięć do sześć dni przybierają one kształt rodziców; w ósmym miesiącu życia dorastają. Samiec utrzymuje porządek pomiędzy młodemi.

Skoro tylko młoda rybka oddali się, spieszy on za nią, chwyta w pyszczek i wkłada napowrót w gniazdo. Po wyrośnięciu młodych opieka ta ustaje, a często nawet rodzice zjadają własne potomstwo. Młode żywią się początkowo pianą gniazda, następnie wymoczkami, później rozmaitemi żyjątkami widzialnemi gołe m okiem a w końcu tem samem pożywieniem co i rodzice. Z wielu opisów hodowli tych ryb zasługuje najbardziej na uwagę opis Beneckego w dziele Brehma, tudzież Windsteiga w dziele Findeisa. Windsteig był pierwszym hodowcą tych ryb we Wiedniu. Otrzymał on w roku 1874 od Carbonniera małą ilość tych ryb za wysoką cenę. Dwadzieścia sztuk tych ryb wysłano z Paryża prosto do Wiednia, a kiedy przyszły na główny urząd cłowy, nie pozostała ani jedna przy życiu. Jako wynagrodzenie przysłał Carbonnier Windsteigowi trzynaście sztuk, które doszły wprawdzie żywe, ale w bardzo złym stanie. Pomimo najstaranniejszej pielęgnacyi wyginęły ryby tak, że tylko trzy sztuki pozostały przy życiu, dwa samce i jedna samica i zaczęły się rozmnażać w czerwcu w roku 1874; otrzymał on trzysta młodych. Po czternastu dniach miały znów składać ikrę, jednakże samica nie mogła jej wydzielić i zginęła. W ten sposób ryby importowane z Paryża zostały stracone, gdyż i obydwa samce zginęły w tym samym roku. Obecnie zależało tembardziej na tem, ażeby młode wychować. Codziennie trzeba im było dostarczać małych „żyjątek” wodnych, które służyły im za pożywienie. Z całego tego lęgu zostało tylko czterdzieści najsilniejszych sztuk. Już w następnym roku 1875 w czerwcu były one przeważnie dorosłe i zdolne do rozmnażania. Z tych zachował Windsteig tylko trzy pary najsilniejsze, resztę musiał z powodu braku miejsca i akwaryum wysprzedać. Wkrótce potem lęgły się one kilkakrotnie, tak że ilość ich doszła do tysiąca sztuk, jednakże wiele słabszych zginęło, tak że tylko siedmset zostało przy życiu. Ale i z temi nie miał on szczęścia. Ryby były już trzy do czterech centymetrów długie, jesień była piękna i ciepła, zostawił więc ryby przy oknie otwartem. Czwartego listopada temperatura spadła nagle a wszystkie ryby leżały na dnie akwaryum, jak martwe. Zamknął on natychmiast. okno, ogrzał jak mógł najprędzej wielki dzban wody i wlał do akwaryum. Woda, która przedtem miała tylko 3° R. osiągnęła w ten sposób 10° a po pewnym czasie wielka ilość ryb powróciła do życia. W ten sposób uratował on dwieście sztuk, inne jednak zginęły. .

W roku 1876 miał on już więcej szczęścia, wychował bowiem około trzech tysięcy młodych. W następnych latach wyhodowywał regularnie odtąd około trzech tysięcy ryb rocznie. Utrzymuje on, że gdyby miał środki odpowiedne, ażeby módz większą ilość akwaryów nrządzić, to zdołałby wychować rocznie pięćdziesiąt tysięcy lub więcej. Opłacałoby się to dosyć, gdyż ryby rajskie są jeszcze dość drogie. Do akwaryów słodkowodnych nie nadaje się żadna ryba tak dobrze jak rajska, gdyż znosi ona dobrze temperaturę 30° R., natomiast należy ochraniać ją od zimna, gdyż przy 4° R. przestaje przyjmować pożywienie. W akwaryach żywią je mięsem miękko roztartem i małymi robakami. Młode muszą być żywione małemi żyjątkami, skorupiaczkami, które zbiera się po kałużach. Wodę zmienia się rzadko, a szczególnie w czasie lęgu nie powinna być zmieniana; akwaryum powinno stać na miejscu, gdyż w przeciwnym razie przeszkadza się rybom w lęgu.

Około roku 1892 zapisałem z Wiednia dwie pary ryb rajskich, które zdaje się były pierwszemi w Galicyi; jedna para zginęła w drodze. Jako wynagrodzenie przysłano inną parę. Jedną parę pozostawioną u siebie wpuściłem w wielkie akwaryum, mieszczące około dziewięciu konewek wody, jakkolwiek zwykle hodowcy używają dla tych ryb małych akwaryów. Dno w akwaryum pokryte było grubą warstwą dobrze przepłukanego piasku a na dnie znajdowały się liczne rośliny i kamienie. Akwaryum posiadało u góry galeryę ażurową w celu ułatwienia przystępu powietrza, gdyż z wierzchu było przykryte taflą szklanną. Przykrycie akwaryum za pomocą szklanej tafli lub siatki jest koniecznem, ażeby uniemożliwić rybom wyskoczenie z wody, zwłaszcza w pierwszych dniach wpuszczenia ich do akwaryum. Temperatura wody w akwaryum musi być równą z temperaturą wody znajdującej się w naczyniu, w którem ryby zostały sprowadzone, gdyż szybka zmiana temperatury jest dla wszystkich ryb szkodliwą. Ryby karmiłem tartem mięsem, podawanem z rąk, ażeby nie zanieczyszczać wody nadmiarem pożywienia. Mięso powinno być podawane tylko w braku naturalnego pożywienia, które stanowią drobne żyjątka wodne, głównie Skorupiaki, należące do działów Wioślarek (Cladocera), Widłoraczków (Copepoda) i Małżoraczków (Ostracoda). Przez całe lato zbierałem te raczki po kałużach zapomocą zwykłej siatki. Unikać należy zbierania raczków w stawach zarybionych, gdyż z niemi dostają się łatwo do akwaryów pasożyty ryb, z których najniebezpieczniejszą jest Splewka karpiowa (Argulus foliaceus). Ażeby umożliwić żywienie ryb raczkami i podczas zimy, założyłem sztuczną hodowlę skorupiaków. W tym celu zebrałem wielką ilość siodełek (ephippium), zawierających jaja wioślarek, należących do rodzaju Rozwielitka (Daphnia). Siodełka takie zbiera się łatwo w jesieni zapomocą zwykłej siatki w kałużach, w których przez cale lato żyły Rozwielitki. Siodełka te wysuszyłem na słońcu i po kilku dniach wrzuciłem do trzech wielkich słojów. Po kilku dniach wylęgła się dość wielka ilość Rozwielitek. Skoro Rozwielitki dorosły, używałem je na pokarm dla ryb, w ten sposób, że wlewałem zawartość słoja pierwszego do akwaryum lub też wpuszczałem ryby do słoja, wyjąwszy przedtem ze słoja około dziesięć egzemplarzy Rozwielitek, które miały być użyte do dalszej kultury. Skoro zawartość pierwszego słoja została zjedzoną przez ryby, postępowałem w ten sam sposób z zawartością słoja drugiego i trzeciego. Zanim ryby zjadły Rozwielitki w słoju trzecim, w pierwszym z pozostawionych dziesięciu egzemplarzy wylęgała się dostateczna ilość, ażeby służyć za świeży pokarm. Pomimo tej starannej hodowli i pomimo, że samiec kilkakrotnie zaczynał budowę gniazda, mała samica nie dorosła do normalnych rozmiarów i prawdopodobnie z powodu niemożliwości wydzielenia ikry
zginęła.

W Galicyi, o ile mi wiadomo, próbował hodowli tych ryb pan Sidoryak i był o tyle szczęśliwszym, że się rozmnażały. Młodych jednak wychować nie mógł. Przed kilku laty sprowadził ryby rajskie w większej ilości pan Złotnicki, czy jednak u kogo z nabywców rozmnażały się, nie wiem.

Przed kilku tygodniami dowiedziałem się, że hodowlą tych ryb zajmuje się pan Krupka. Z małej ilości egzemplarzy wychował sto kilkadziesiąt sztuk. Niedawno oglądałem piękne jego akwaryum i nabyłem od niego parę ryb, które próbujemy hodować w gabinecie zoologicznym uniwersytetu.

Żywimy je przeważnie mięsem siekanem drobno lub krajanemi robakami, gdyż otrzymanie żywych skorupiaków nie jest tak łatwem w mieście jak było dla mnie wówczas, kiedy po raz pierwszy ryby te trzymałem, gdyż wówczas mieszkałem w Hołosku Wielkiem, gdzie jest wielka ilość kałuż, w których żyje bardzo wiele Rozwielitek i innych skorupiaków. Pomimo tego w kilka dni po przyniesieniu ryb do uniwersytetu, samiec zbudował gniazdo, z którego wyszła 12. czerwca wielka ilość młodych. Młode rybki rozeszły się szybko z gniazda, a 15. czerwca przeniosłem już samicę do drugiego akwaryum. Młode rybki znikały gdzieś bez śladu, a że przypuszczaliśmy, że samiec je zjada, przeto wcześniej niż radzą: hodowcy, gdyż już 17. czerwca przeniosłem i samca do akwaryum, w którem wprzód umieściłem samicę. Pomimo tego ilość młodych ryb zmniejszała się ustawicznie, tak że wszystkie z tego gniazda wyginęły. Stare natomiast ryby w nowem akwaryum zbudowały drugie gniazdo, z którego młode żyją dotychczas, następnie zakładały jeszcze dwukrotnie gniazdo a większość młodych utrzymuje się przy życiu.

Dzięki starannej opiece naszego służącego w Instytucie zoologicznym we Lwowie Mateusza Czopa, mamy już kilka pokoleń rybek rajskich w akwaryach.

 

Linki:

http://www.sbc.org.pl/dlibra/doccontent?id=26430&from=FBC

http://akwa-mania.mud.pl/ryby/ryby/rybym/Macropodus%20opercularis.html

http://www.akwarium.net.pl/adv/macropodus_opercularis.htm

2014/09/17 | Supplementum

Suplement CLXIX

Przyrodnik: miesięcznik dla młodzieży, poświęcony naukom przyrodniczym, 1926,  Zeszyt 2-3, str. 52-57.

WŁODZIMIERZ KULMATYCKI  (Bydgoszcz).

O mało znanym gatunku ryby: Umbra
(Grossinger).

Liczny »drobiazg rybi«, składający się często z szeregu różnych, biologicznie niejednokrotnie ciekawych bardzo gatunków, nie zasługuje zwykle na specjalną uwagę rybaków. — Każdy, kto kiedykolwiek, choćby pobieżnie przyglądał się połowom na jeziorze, stawie czy rzece, widział, z jaką obojętnością traktują rybacy gatunki ryb, nie przedstawiające wartości hodowlanej, czyli t. zw. »chwast rybi«. — W naszych wodach takim chwastem bywa n. p. ciernik, którego ze względu na kłujące ciernie, kaleczące nogi bosym rybakom, traktują oni już nie obojętnie, ale z prawdziwą wprost nienawiścią.

Podobną rolę odgrywa, a raczej odgrywał u rybaków węgierskich gatunek »psiej ryby« (węgierska »ribahal«) (Umbra lacustris (Grossinger) = U. krameri Fitz). — Jednakże ryby tej niena­widzą rybacy węgierscy nie ze względu na dokuczliwe ciernie lub inne organy obronne, ale z tego powodu, że drobną tę rybkę uważają powszechnie za trującą: z tego powodu, o ile znajdzie się ona w połowach, skrzętnie ją usuwają, by nie obniżyła wartości towaru u kupujących, pomimo tego, że jest zupełnie nieszkodliwem zwierzęciem, z trucizną nie mającem nic wspólnego.

Jak dalece zakorzenioną jest »nienawiść« do tego drobnego gatunku wśród łowiących, świadczy o tem fakt, opisywany przez Hekkla i Knera (»Die Süßwasserfische der Österreichischen Monarchie« 1858), — że rybacy czują się obrażeni, »jeśli przy zakupie żąda się »psiej ryby«. »Psia ryba«, której centrum rozprzestrzenienia stanowią Węgry, niegdyś była tam gatunkiem niezmiernie powszechnym: było to w owe czasy, gdy węgierska nizina, stanowiąca zagłębienie, otoczone ze wszystkich stron potężnemi łańcuchami górskiemi, stale zbierała liczne wody, zlewające się z nich, tworząc jedno wielkie bagnisko nigdy nie wysychające, a będące prawdziwem Eldorado dla młodych roczników ryb, które tam się wylęgały, a podrósłszy, zapełniały wody Dunaju i Cisy, słynących od wieków z bogactwa naturalnego ryb. W miarę, gdy postępująca kultura ujęła rzeki w twarde jarzmo regulacji, odsłaniając przez to liczne, dotąd pod zalewem ziemie i oddając je uprawie rolnej, znikać poczęło bogactwo rybne rzek węgierskiej niziny. — Wraz z gatunkami cennemi, których sztuczne utrzymywanie przyjął na się człowiek, przy pomocy organizacyj rybackich, poczęły znikać i gatunki mniej cenne, a wśród chwastu rybiego »psia ryba«; tragiczny los tego gatunku nie budził litości wśród rybaków węgierskich, szczerze nie lubiących go. Naturalnym biegiem rzeczy »psia ryba« była coraz rzadszą i dopiero, kiedy stała się prawie że już »pomnikiem przyrody«, wówczas dał się słyszeć głos znanego ichtjologa węgierskiego, kierownika świeżo założonej stacji hydrobiologicznej nad jeziorem Balaton (Błotnem) Dr. B. Hankó, zwracający uwagę na to, że gatunek ten niknie (»Über den Hundsfisch Umbra lacustris (Grossinger) = (U. Krameri Fitz)«, Zoolog. Anz. 1923), i że należy obszerniej nim się zająć.

»Psia ryba« (fig. 1.) należy do rodziny Umbridae, która z bardzo daleko od siebie stojącemi rodzinami posiada wiele cech wspólnych. I tak n. p. w pewnych względach podobną jest do szczupaków, w drugich do karpiowatych, wreszcie nawet do Cyprinodontów. Nic też dziwnego, że przeglądając literaturę ichtjologiczną, o trzech gatunkach, należących do rodziny Umbridae, widzimy, do jak różnych rodzin są one zaliczane przez rozmaitych autorów. Jak w związku z tem rozmaite nazwy otrzymywała »psia ryba«, świadczy fakt, że n. p. po raz pierwszy w roku 1726 była opisana przez Marsiliego jako Gobius caninus. W trzydzieści lat później Kramer nadał jej nazwę Umbra, którą również przyjął w roku 1763 Granovius do swych dzieł. Lecz wnet zginął w literaturze słych o owej rybie; najpoważniejsze dzieła ichtjologiczne (Linneusza, Lacépède’a, Blocha, Cuviera) milczą o niej; dopiero w r. 1794 Grossinger opisuje ją pod nazwą Aphyra lacustris. — W drugiem wydaniu Cuviera »Regne animal« jest »psia ryba« opisana, lecz posiada nazwę Cyprinodon umbra, — zaś okazy tego gatunku, które dostały się z Węgier do Muzeum Narodowego w Paryżu, otrzymały nazwę Umbra nattereri ku czci badacza Natterera. Dopiero nazwę Umbra Krameri ustalił w roku 1832 Fitzinger i ta nazwa najczęściej była używana przez zoologów, pomimo tego, że według zasad nomenklatury zoologicznej musi się gatunek ten nazwać Umbra lacustris. — Wspomnieć należy, że jeszcze w roku 1882 dwóch autorów węgierskich, Karoli i Herman, ochrzcili gatunek ten Umbra canina.

»Psia ryba« należy do niewielkich gatunków, osiągając wielkość 6 — 11 cm. Ogółem jednak egzemplarze żeńskie są większe od męskich. Ubarwienie jej jest następujące: ogólny ton żółtawo-zielony, na grzbiecie brunatnawy, często ciemno-brunatny, na brzuchu jasny. Na bokach, wzdłuż linji nabocznej, pasek złotawo-żółty, niekiedy o odcieniu miedziano-czerwonawem; oprócz tego bywają czasem nad i pod pasem głównym jeszcze paski podłużne. Na głowie i na bokach ciała nieregularne plamy ciemno-brunatne oraz marmurkowanie. Płetwy: grzbietowa i odbytowa brunatnawe, często z przepaską, utworzoną z czarnych punktów; inne płetwy są jasne. U samców występuje niejednokrotnie czerwony pasek od gardła aż do odbytu.

Postać posiada »psia ryba« nieco ściśniętą z boków; grzbiet natomiast jest szeroki i zaokrąglony. Głowa gruba, z boków ściśnięta, opatrzona wielkim, dolno ustawionym otworem ustnym. Kości szczęki dolnej, międzyszczękowe, lemiesz i podniebieniowa opatrzone zębami, których brak na języku i kościach szczęki górnej. Język silnie rozwinięty, kończy się długim, ostrym szpicem. Oczy stosunkowo duże, wynoszą około jedną czwartą długości głowy. Otwory nosowe podwójne, są bardziej zbliżone do końca pyska, aniżeli do oka. Szczelina nosowa bardzo wielka. Głowa cała (wraz z pokrywą skrzelową), z wyjątkiem nosa i szczęk, jest pokryta łuskami, tak, że głowa przechodzi niepostrzeżenie w grzbiet. Łuski są miękkie; leżą luźno w torebkach łuskowych, wzajemnie pokrywając się dachówkowato do połowy średnicy. Linja naboczna zaznaczona przez jaśniejszy pasek: nie widać natomiast otworków, które zaznaczone są na głowie wzdłuż przedwieczka na szczęce dolnej i w krąg oczu. Formuła łuskowa brzmi 5/7, 33-35 .

Płetw a grzbietowa znacznej długości; członkowane jej promienie posiadają taką samą wielkość, jak płetwy odbytowej. Płetwy brzuszne, osadzone pod grzbietową, mają najdłuższy czwarty promień, podczas gdy w płetwie ogonowej najdłuższemi są promienie środkowe. Formuła płetew brzmi: D 3/12-13, A 2/5-6, V 1/5, P 1/12, C 4/9/3-4.

Rozprzestrzenię gatunku obejmuje Węgry, Austrję, Serbję, Rumunję i Rosję, a być może i Polskę. Najszerzej rozprzestrzeniona jest »psia ryba« na Węgrzech. Hankó (jak wyżej) podaje szereg miejscowości, w których gatunek ten występuje. Stanowiska te skupiają się głównie około jeziora Balaton (Błotnego), w którem żyje »psia ryba«, podobnie jak w jego dopływach (Zala i inne), przeważnie w komitacie Nagyberek. Również znajduje się w jeziorze  Fertő (Neusiedlerskiem) i wypływającej zeń rzeczce Hanszag. — Pod Budapesztem występuje w jednym z potoków (»Potok djabelski«) oraz w Dunaju podobnie jak pod Zimony. Pozatem znaną jest z szeregu innych miejscowości, n. p . z rzeki Berettyć, leżącej w dorzeczu Cisy.

W Austrji znanem jest tylko jedno stanowisko pod Moosbrunn w okolicach Wiednia (Heckel i Kner j. w.).

W Serbji pod Belgradem i Negotinem gatunek ten również występuje. Szeroko rozprzestrzeniony jest w Rumunji. Antipa (»Fauna ichtiologica a Rumaniei« — 1901) podaje »psią rybę« z jezior przydunajowych; szczególnie obfitą ma być według tego autora w delcie Dunaju. Również występuje pod Sulimą bezpośrednio przy ujściu do morza. Nie obcą też jest wodom Prutu, gdzie stwierdził ją Antipa aż pod Jassami (»Balta Cristesti«). W Rosji występuje w okolicach Odessy (Heckel i Kner j. w.) oraz w dolnych zalewach Dniestru (Berg: »Ryby prjestnych wod rossijskoj imperji« 1916).

Jak wyżej zaznaczyłem nie jest wykluczonem, że i w Polsce występuje ten gatunek. Pax (»Die Tierwelt Schlesiens« 1921) podaje, że znajdowano »psią rybę« pod Tarnowskiemi Górami. Czy stanowisko to jest naturalnem, trudno powiedzieć. Być może, że drobna ta ryba uchodziła dotychczas uwadze, choć z drugiej strony prawdopodobniejszem jest zawleczenie na Górny Śląsk tego gatunku przez człowieka; wiadomo bowiem, że ryba ta stanowi niejednokrotnie objekt akwaryjny, a nigdzie w Polsce hodowla ryb w akwarjach nie jest tak silnie rozwiniętą, jak właśnie na Górnym Śląsku.

Niewykluczonem jest nareszcie odnalezienie tego gatunku w polskich wodach zlewiska Morza Czarnego, przedewszystkiem Prutu czy Dniestru, a być może nawet wśród błot Prypeci, posiadających wiele wspólnych cech z dawnemi rozległemi błotami węgierskiego niżu.

»Psia ryba« zamieszkuje wraz z karasiami, piskorzami i głowaczami stojące wody, przebywając szczególnie w miejscach o torfiastem i mulistem podłożu, jednakże utrzymuje się wśród czystej wody, bezpośrednio ponad dnem. Ogromnie trwożliwa i zgrabna przy pływaniu jest trudną do połowów tern więcej, że tylko rzadko wypływa na powierzchnię celem nabrania powietrza; dążąc na dno z głową pochyloną, wypuszcza powietrze poprzez szczeliny skrzelowe w formie wielkich banieczek. Z szczupakiem łączą ją nietylko pokrewne cechy morfologiczne, ale również bardzo znaczna żarłoczność, doprowadzona nawet do kanibalizmu. Żywi się rozmaitemi istotami żyjącemi na dnie wód, nie szczędząc i swych towarzyszy: objawia przytem żarłoczność, jak jej krewny szczupak, i to tak dalece, iż obserwowano nawet wypadki, w których »psia ryba«, połknąwszy okaz tej samej wielkości, nie mogła go przełknąć i ginęła wskutek nadmiernego »obżarstwa« przy zastawionym obficie stole.

Pomimo żarłoczności na wędkę nie daje się schwytać; jedynym sposobem łowienia, to połów w mętnej wodzie siecią. W tym celu mąci się szlam denny i wówczas dopiero raz po raz przeszukuje się siecią wodę.

Na ogół jednak rybacy »psią rybę« nie łowią chętnie, przeciwnie nawet wyrzucają ją z połowów, gdyż tylko we wiosce Marczali spożywa uboga ludność ten gatunek ryby. W tych miejscowościach, w których uprzedzenie do »psiej ryby« jest mniejsze, aniżeli powszechnie, karmią nią świnie i drób, szczególnie kaczki, stąd węgierska nazwa »ruczahal«; niejednokrotnie używaną jest na kompost.

Ongiś obfitym był połów tego gatunku w jeziorze Neusiedlerskiem, skąd okazy dochodziły do Wiednia, gdzie handlarze rybam i akwaryjnemi płacili niezłe ceny. Dziś w akwarjach trzymają rzadko »psią rybę«; przeważnie spotykani są bliscy krewni tego gatunku: Umbra pygmea lub Umbra limi, pochodzący z Ameryki.

W akwarjach przeważnie hodują samice, samce bowiem zdarzają się o wiele rzadziej. Powoduje to trudności w rozmnażaniu się rybek, gdyż często zdarzają się przy hodowli samice, wypełnione ikrą, które sną, nie mogąc w miesiącu kwietniu odbyć tarła w braku samców.

Na ogół jednak w akwarjach, szczególnie basenowych, przy obecności samców rozmnażanie odbywa się bardzo pomyślnie, jak to n. p. obserwowano w znanej hodowli ryb ozdobnych Mattego w Lankwitz pod Berlinem. (Bade: Die mitteleuropäischen Süßwasserfische). Heckel i Kner co prawda twierdzą inaczej, lecz zdaje się podane przez nich fakty niepłodności należy właśnie położyć na brak samców.

Bliższych danych biologicznych z zakresu opieki nad ikrą i potomstwem dla »psiej ryby« nie znamy, wiadomo tylko o jej amerykańskich krewnych, że samice troszczą się o potomstwo, opiekując się ikrą; przez poruszanie piersiowemi płetwami samice zmieniają w najbliższem otoczeniu ikry wodę, dostarczając przez to tlenu i usuwając wszelkie zanieczyszczenia ikry.

W akwarjach »psia ryba« jest nie wymagającą, oswaja się bardzo łatwo i pobiera pokarm z ręki; niedogodnem jedynie jest jej wyskakiwanie z wody wskutek czego akwarja muszą posiadać odpowiednie zabezpieczenia.

Najlepiej hodują się »psie ryby« w akwarjach, posiadających »starą« wodę, a na dnie obfitą warstwę mułu. W takich akwarjach chowają się najlepiej i w nich można obserwować niezmiernie ciekawy sposób pływania, w którem »psie ryby« są prawdziwemi mistrzami.

Przy pływaniu poruszają naprzeciw leżącemi płetwami piersiowemi i brzusznemi, dzięki czemu otrzymuje się wrażenie biegu psiego i to też dało powód do nazwy gatunku. Każdy z promieni może się oddzielnie poruszać; wskutek tego ryba przeważnie włada niemi, podobnie jak człowiek, bębniący palcami po stole. W czasie pływania wszystkie płetwy wykonywają ruchy faliste, najbardziej silne są faliste poruszenia płetw piersiowych, poruszających jak śruby parowca, niedrgające zupełnie ciało ryby (fig, 2).

Położenie ciała jest dla »psiej ryby« obojętnem; stojąc, zwraca się głową zarówno ku dołowi, jak i ku górze, pod kątem mniej więcej 75 stopni, przyczem piersiowe płetwy lekko się poruszają, a ostatnie promienie płetwy grzbietowej lekko oscylują (fig. 3).

Przy chwytaniu zdobyczy ustawia się ryba dokładnie w kierunku ofiary i ślizga się niespostrzeżenie przy pomocy płetw piersiowych, by znalazłszy się w bezpośredniem pobliżu zdobyczy, być przy niej za pomocą jednego uderzenia płetwy ogonowej; gdy manewr ten się nie uda i zdobycz ucieknie, powtarza go psia ryba ponownie.

Przy przeniesieniu się naprzód (fig. 4) psia ryba porusza płetwą ogonową na prawo i lewo (na rycinie zaznaczono poruszenia punktacją). Przy ucieczce składa wszystkie płetwy i ogon jedynie pracuje, poruszając naprzód całe ciało, jak strzałę. Zatrzymanie się odbywa się przez uniesienie płetew: grzbietowej i piersiowej, przyczem te ostatnie śrubowo poruszają się, zaś grzbietowa w drugiej swej połowie wykonywa faliste ruchy.

Linki:

http://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/88610?tab=1

 

2014/09/16 | Supplementum